miniatura

W tym roku karnawał wyjątkowo króciutki. Już za parę dni Środa Popielcowa, wcześniej tłusty
czwartek i ostatki. Zdaje się, że trochę brakuje czasu na roztańczenie się i dobrą zabawę. Nie mają
takich zmartwień Boliwijczycy. Początek karnawału wyznacza weekend przed Popielcem. Kiedy u nas już z wolna cichną zabawy, w Boliwii muzyka i taniec dopiero zaczynają rządzić ulicami miast i wsi. Najsłynniejszy karnawał w Oruro, wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO wyrusza właśnie w sobotę przed Popielcem. Ale nie jest to zwyczajny karnawał. Nie chodzi tylko o taniec i zabawę.

 Korowód tancerzy rozpoczyna procesja prowadzona przez miejscowego biskupa. W ślad za
biskupem i księżmi wszyscy tancerze, a są ich dziesiątki tysięcy, podążają do sanktuarium Matki Bożej,
gdzie pod okiem Maryi kończą kilkugodzinny taniec w postawie klęczącej.

art1

art2

art3

Odpowiadając na echo karnawału w Oruro, przebudzają się do tańca wszystkie większe i mniejsze miejscowości w Boliwii. I tak prawie cały Wielki Post upływa pod znakiem karnawałowej zabawy... No właśnie, ale przecież nie chodzi tylko o zabawę.

Nie potępiajmy zbyt pochopnie boliwijskich zwyczajów i wiążącej się z nimi pobożności. Bowiem
taniec ma tam znaczenie bardziej rytualne niż towarzyskie, służy przede wszystkim zjednoczeniu z
Bogiem albo z siłami natury, z Matką Ziemią, z przodkami, ze wspólnotą plemienną. Boliwijczycy nie
znają tańca towarzyskiego. Nikt nie tańczy w parach. Jeśli nawet zawiązują się jakieś pary, to ich
taniec jest wpisany w korowód całej wspólnoty. Tańczy cała wioska i w pewnym sensie ich taniec ma
znaczenie misteryjne. Opuszczenie tańca przez jakiegoś członka wspólnoty mogłoby się wiązać z
poczuciem winy i lękiem z powodu naruszenia pewnej równowagi, pewnej relacji w stosunkach
między jednostką i wspólnotą, a dalej nawet między wspólnotą i naturą uosobioną w postaci Matki
Ziemi - Pachamamy. Niektóre tańce interpretują też ważne tajemnice wiary. Np. w tańcu zwanym
diabladą tańczą diabły pod przewodnictwem Michała Archanioła. Cały ten taniec jest jak nieustanna
walka między dobrem i złem. Diabły wyrywają się do przodu, a Archanioł - zawsze wysoka postawna
osoba - zagradza im drogę tańcząc w poprzek jezdni. Są też tańce przedstawiające walkę człowieka z
grzechami głównymi. Dopóki człowiek zmaga się z jednym grzechem, potrafi go zwyciężyć. Lecz kiedy
napada go siedmiu tancerzy przedstawiających siedem grzechów głównych, tańczący człowiek
symbolicznie upada i poddaje się.

Taniec jest dla Boliwijczyka najlepszym sposobem wyrażenia swojej pobożności. Pozostawanie w
bezruchu, w ciszy, a co gorzej w samotności na modlitwie jakoś intuicyjnie wcale się nie kojarzy tam z
pobożnością. Raczej do najpobożniejszych należą ci, którzy potrafią obiecać Matce Bożej, że zatańczą
w karnawale orureńskim trzy lata pod rząd. A trzeba wiedzieć, że taki występ tancerza wiąże się z
niebotycznymi wydatkami na strój, z opłata na pozwolenie na taniec, opłatą na orkiestrę, która
towarzyszy każdej grupie tancerzy i inne pomniejsze wydatki. W sumie jeden karnawał może
kosztować kilka tysięcy dolarów. Wielu na karnawałowy taniec wydaje więcej pieniędzy niż w ciągu
reszty roku na całe utrzymanie.

I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Karnawał opływa alkoholem. Europejczyk widząc to pijaństwo
łatwo się zgorszy. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że Boliwia z powodu karnawału przegrała
jedną z najważniejszych wojen w swojej historii, wojnę z Chile w latach 1870. Kraj utracił wówczas
ogromne terytoria i dostęp do Oceanu Spokojnego na długości ponad 400 km. Mówią historycy, że
euforia karnawału nie pozwoliła żołnierzom stanąć do walki. Alkohol oczywiście pokonał
Boliwijczyków szybciej niż chilijskie armaty. Ale znowuż trzeba powiedzieć, że upicie się
kukurydzianym piwem (chicha), czy nawet wódką z winogron (singani) może też mieć znaczenie
religijne. Wyobrażam sobie, że stan upojenia jest interpretowany nie jako zatrucie organizmu, ale
jako przeżycie bardzo wewnętrzne jedności z samym sobą, ze wspólnotą i nawet z Matką Ziemią.
Ostatecznie człowiek pijany pada na ziemię i w jakiś symboliczny sposób jednoczy się właśnie z
ziemią, która dla Boliwijczyków ma niezbywalnie charakter sakralny. O rytualnym znaczeniu picia
alkoholu niech świadczy też gest wylewania pierwszych łyków napoju na ziemię dla Pachamamy. Są
tacy, którzy potrafią kupić najlepszy trunek, nawet zachodni i wylać go prawie w całości na ziemię. W
piciu nie chodzi więc o ilość, ale raczej staje się ono przeżyciem zjednoczenia.

Od Boliwijczyków możemy uczyć się ich wyczucia relacji. Każdy jest sobą o ile ma swoje miejsce we
wspólnocie rodzinnej i we wspólnocie z Bogiem. Trudno tam znaleźć ateistę. Relacja z Bogiem
pozostaje tak naturalna, jak relacja z sąsiadem. Może przez analogię możemy spuentować, że jaką
mamy relację z sąsiadem, taką będziemy mieć też relację z Panem Bogiem. Kto nie dostrzega swojego
sąsiada, jak dostrzeże niewidzialnego Boga? Oj biada nam indywidualistom!

ks. Wojciech Błaszczyk
misjonarz w Boliwii w latach 2011-2015.

p.s.
Oruro (San Felipe de Austria de Oruro) - miasto w Boliwii, położone w zachodniej części kraju, w Altiplano, na wysokości 3700 m n.p.m. Ośrodek administracyjny departamentu Oruro. Ludność: 202 tys. mieszk. (2001).

Miasto zostało założone w 1595 jako Real Villa de San Felipe de Austria, nazwane tak na cześć króla Hiszpanii Filipa III. Od 1825 nosi obecną nazwę Oruro. Istnienia miasta od początku związane było z wydobyciem srebra w okolicznym regionie Urus. Jednak po wyczerpaniu zasobów miasto zostało opuszczone. Ponownie zostało założone w XIX wieku po odkryciu złóż rud cyny, które stanowiły wówczas najważniejsze źródło tego metalu na świecie. Wydobycie cyny przyczyniło się do ponownego rozkwitu miasta. Wtedy założono tam szkołę górniczą, której dyrektorem na początku drugiej dekady XX wieku był Polak Aleksander Tarkowski. Od 1913 do 1919 wykładowcą, a od 1915 do 1919 rektorem, był polski paleontolog Roman Kozłowski. Doprowadził on do nadania jej statusu uczelni wyższej (od 1918 - Escuela National de Ingenieros de Minas). Jednak złoża cyny po pewnym czasie wyczerpały się i od lat 60. XX wieku miasto znowu podupadło.

art4To właśnie kaplica Matki Boskiej Socavon (opiekunki górników) jest celem uczestników karnawału, którzy w niedzielę składają jej hołd i obwieszczają, że Dobro zwyciężyło Zło

art5W mieście tym biskupem jest polski misjonarz, werbista ojciec Krzysztof Białasik