00

Są osoby, które wyjeżdżają na Triduum Paschalne do Sewilli albo chociaż do Kalwarii Zebrzydowskiej, żeby przeżyć ten czas w specjalnej scenerii. Poszukują oni przedstawień dramatycznych opowiadających o męce Chrystusa. Jest bowiem jakaś szczególna wymowa tych bolesnych tajemnic naszej wiary, która sprawia, że nie można zwyczajnie zamknąć celebracji w kościele; trzeba wyjść na zewnątrz, towarzyszyć Jezusowi w drodze krzyżowej, aby potem również zatańczyć z racji Jego zmartwychwstania.

Dzisiaj chcę was zabrać, drodzy czytelnicy, na krótką wycieczkę do Boliwii. Przeżywanie świąt wielkanocnych w tym odległym kraju być może nie odbiega bardzo od naszych polskich zwyczajów. Niemniej chcę Wam opowiedzieć o kilku szczegółach, które pokazują w jak różny sposób ta sama wiara wrasta w zwyczaje narodów.

W wielki czwartek, po mszy wieczerzy pańskiej Boliwijczycy zwyczajowo odwiedzają siedem kościołów. Pewnie jest coś magicznego w tym poczuciu obowiązku niejako "zaliczenia" siedmiu kościołów. Tłumy, które przechodzą przez świątynie nie zawsze wykazują szczególne rozmodlenie. Niemniej jednak wyczuwalny jest duch wspólnoty, ten sam duch, który połączył apostołów i Jezusa przy ostatniej wieczerzy. Miasto w czwartkowy wieczór zmienia charakter. Ruchliwe, krzykliwe centrum staje się jakby jednym wielkim kościołem. Panuje atmosfera zadumy, przyjaźni. Ludzie zatrzymują się przy zaaranżowanych ulicznych restauracjach, żeby napić się kukurydzianego kisielu (api) albo zjeść pieczone na ogniu krowie serce (anticucho); ot takie uliczne przysmaki boliwijskie. Słyszy się muzykę, dominuje fletnia pana. W kościołach adoracja Jezusa w Najświętszym Sakramencie potrwa przynajmniej do północy.

Wielki piątek to chyba najciekawszy kulturoznawczo dzień we wszystkich społecznościach chrześcijańskich. Dzień zupełnie inny od pozostałych. W ciszy wielkiego piątku ujawniają się najbardziej ukryte myśli i lęki, które przenikają kulturę ludową. Od wczesnego rana atmosferę zadumy przerywają, na ulicach boliwijskich miast, żałobne procesje. Członkowie licznych bractw (cofradías) niosą feretrony z wizerunkami Chrystusa biczowanego albo płótno przedstawiające chustę Weroniki albo jeszcze relikwiarz z kolcem z korony cierniowej Jezusa. Można się zastanawiać nad autentycznością kolca z korony cierniowej, ale to nie odejmie przejęcia i autentycznego współczucia, jakie rodzi się w sercu pątników dla ich cierpiącego Mistrza.

Natomiast istnieje pewne przekonanie związane z wielkim piątkiem, które jest zgoła pogańskie, choć odkrywa typowy dla Boliwijczyków realistyczny sposób myślenia o Bogu. Wielu sądzi, że skoro w piątek umarł Bóg, to Bóg już nie widzi naszych grzechów i aż do czasu zmartwychwstania można bez żadnych konsekwencji folgować swoim najniższym pasjom. Złodzieje i gwałciciele czują się bardziej bezkarni. Na szczęście nawet złoczyńcy wiedzą, że tam gdzie Bóg nie widzi, sąsiedzi stają się bardziej uważni. Szczególnie na wsiach mieszkańcy wysyłają wówczas na pola specjalnych strażników, żeby nie zginęły plony (w Boliwii jest już późne lato i czas żniw). Ojcowie uważniej pilnują swoich córek, a mężowie żon, żeby przypadkiem jakiś śmiałek nie chciał pohańbić ich ukochanych. Na dwa dni w roku spełnia się proroctwo Dostojewskiego, który w swoim czasie widząc niewiarę ludzi pisał: Jeśli Boga nie ma, wszystko wolno.

Wreszcie trzeba wspomnieć o tym, że w wielki piątek Boliwijczycy wcale nie zachowują postu ścisłego. Kiedy parafianie zapraszali mnie na wielkopiątkowy obiad, wiedziałem, że zapowiada się wielka uczta. Na początku z trudem przechodziło mi przez gardło jedzenie dwunastu tradycyjnych potraw. Z czasem zrozumiałem, że jest to swoisty sposób świętowania i okazywania czci Jezusowi. Suto zastawiony stół w wielki piątek ma świadczyć o przejęciu ofiarą Chrystusa dla nas. Skoro On tyle robi dla nas, to my również chcemy, coś ofiarować dla Niego, a jedzenie jest najcenniejszym darem w tej rolniczej kulturze Boliwii. Ten sam sposób myślenia odnajdziemy w obrzędach święta zmarłych. Wówczas przygotowuje się najwyborniejsze jedzenie dla zmarłych. Jak św. Weronika wyszła naprzeciw Jezusa z chustą, którą otarła Jego twarz, tak Boliwijczycy symbolicznie wychodzą do Jezusa z jedzeniem. Nie zapominajmy, że kultura Boliwijczyków opiera się na zasadzie wdzięczności: coś za coś. Z jednej strony jest to bardzo piękne, a z drugiej strony może rodzić niemało frustracji u misjonarzy. Bowiem kiedy misjonarz się bardzo stara i pracuje dla ludzi i naucza ich o miłości, oni bardzo chętnie mu za to podziękują i sowicie, bo są wdzięczni, ale nawet się nie domyślą, że powinni czynić podobnie i żyć według przykazań tej miłości.

Po bardzo emocjonalnie przeżytych dniach piątku i soboty, niedziela wielkanocna i zmartwychwstanie pozostaje jakby w cieniu krzyża i męki. Powinno być na odwrót, ale niestety Boliwijczycy napotykają chyba pewną trudność w przeżywaniu prawdy o zmartwychwstaniu Jezusa. Cierpienie wielkiego piątku jest zrozumiałe i rodzi spontaniczne emocje. Kultura jest tam realistyczna i cierpienie to konkret. Natomiast zmartwychwstanie jawi się jako pewna tajemnica abstrakcyjna, ciężko jest ją porównać do codziennych doświadczeń życiowych. Poza tym Boliwijczycy chyba mniej się boją śmierci niż śmiertelnicy z innych krajów. Przecież cmentarze są tam miejscami pełnymi radości, kolorowe groby nie zdradzają nic z żałoby. Zmarli żyją dalej w objęciach ziemi, która jest matką. Może dlatego też powstanie z martwych wcale nie jawi im się jako wielki wyzwolenie. A może zabrakło tu też wystarczającej pracy misjonarzy. W obrzędowości ludowej częściej można spotkać figury tańczących kościotrupów, niż tańczących świętych zmartwychwstałych w królestwie niebieskim.