00

Misje to nie zadanie, to sposób życia chrześcijanina. Nareszcie grupa wolontariatu misyjnego zrealizowała swoją pierwszą skromną misję. Było nią poprowadzenie koloni dla ukraińskich dzieci z parafii ks. Stefana jedynego księdza naszej diecezji, pracującego na Ukrainie.

Jeszcze pod koniec czerwca zbieraliśmy do puszek pieniądze na nasz wyjazd i na pomoc tamtejszym dzieciakom. Bardzo wszystkim darczyńcom dziękujemy. Z zebranych 4000 zł mogliśmy pokryć część kosztów wyjazdu, dołożyć się do wydatków organizacyjnych na miejscu i kupić dzieciom parę najpotrzebniejszych rzeczy. Wiele dobra..! Na prawdę, mam wrażenie, że wydarzyło się wiele dobra.

01

Przede wszystkim cieszę się, że nasza skromna, sześcioosobowa ekipa przełamała pierwsze misyjne lody. Wyjazd stosunkowo niedaleki, ale w doświadczonej wojną i biedą Ukrainie my również doświadczamy tak typowej dla misji niepewności. Niepewność w języku, odpowiedzialność merytoryczna za przebieg kolonii, zaskakujące jedzenie, trudne warunki drogowe, inna mentalność, pobożność, wrażliwość... przedsmak wszystkiego, co może wydarzyć się na misjach. Ale ta niepewność buduje otwartość, wręcz zmusza do twórczości i ostatecznie poszerza serce i umysł. W ten sposób drugi człowiek łatwiej staje się przyjacielem, wspólna droga staje się odpowiedzialnością, przyszłość wyrwana z rutyny staje się obietnicą, a własne porażki z pozornej tragedii przeradzają się w jeszcze jeden motyw do śmiechu. Misje to nie zadanie, to sposób życia chrześcijanina.

Po stronie dzieci największe dobro to chyba relacje przyjaźni, jakie nawiązały z nami i między sobą. Piszą o tym wolontariusze w notatkach zamieszczonych poniżej. W tle tych relacji wyobraźcie sobie jeszcze uśmiechniętą twarz ks. Stefana Majewskiego, który od dawna pieczołowicie ten wyjazd reżyserował i koordynował tak, byśmy wszyscy mogli spędzić 8 dni w pięknym sanktuarium Letyczów, jakieś 300 km. na wschód od Lwowa. Dzieci pochodzą z jego parafii w Kopajgorod, niedaleko Baru.

09

02

Dzieci bez ojców

Jedno biegnie już z daleka z szeroko otwartymi ramionami, by się przytulić. Potem nie puszcza ręki przez najbliższą godzinę. Drugie chce być wiecznie noszone „na gargosiu”, po polsku „na barana”. To już druga ręka zajęta. Trzeciemu wystarczy, że usiądzie obok w kościelnej ławce i przy jedzeniu. Całe szczęście – ręce tylko dwie.

7-letni chłopiec z wiecznym pytaniem „można hitaru?”. Obiad ledwo zjedzony, resztki kaszy na buzi i pytanie „Można hitaru?”. Godzina 7 rano, ktoś stuka do drzwi (pukać na Ukrainie nie wypada :)). „Co za Andrzej wstaje tak wcześnie?” – można pomyśleć. Za drzwiami 7-latek, który pyta „Można hitaru?”. I tak przed śniadaniem, i po Mszy, i po południu, i przed snem. Bolą go palce od strun, gra dalej. Podobnie jak odbija zdecydowanie za twardą piłkę siatkową – posykuje, nie przestaje grać. Z pewnością brakuje mu ojca, ale nie charakteru.

Po paru dniach do grającego na gitarze chłopca dołączają inni trzej. Wszyscy dzielnie ćwiczą ten sam utwór. W dniu pożegnania jeden z nich, najbardziej hardy i impulsywny, pyta czy może jeszcze ostatni raz zagrać. Gdy dowiaduje się, że instrument zostanie na parafii i będzie mógł go używać w każdej chwili, na moment traci głos zaskoczony, oczy lekko mu się szklą i dziękuje uśmiechnięty.

Maciek

10

Wdzięczne dzieci

Prostoty życia i radości z małych rzeczy - tego nauczyły mnie ukraińskie dzieci, choć to ja miałam ich nauczać. Cieszyły się z wielkiego arbuza dzielonego na dwadzieścia kawałków, loda śmietankowego czy bloku z białymi kartkami. Wszystko chętnie jadły, bez żadnych grymasów. A przy stole pilnowały, aby każdy dostał równą porcję. Wowa miał tylko klapki i sandały - do kościoła. Ariana dwie koszulki. Chłopcy zgodnie dzielili się jedną gitarą, a Saszka zawsze pytał o zgodę, choć wiedział, że może na niej grać.
Tego już dawno w Polsce nie widziałam. Dawno już tak wielkiej wdzięczności za małe rzeczy nie doświadczyłam.

Misje to piękna sprawa, bo pomnażają dobroć, którą my jedziemy ofiarować. W efekcie każdy zyskuje, bo każdy staje się obdarowanym.
Za uśmiech i szczerość dziecka, Ludzi, których spotkałam, ducha misyjnego, który między nami krążył i modlącą się Ukrainę- chwała Panu.

Marta

05

... zapracowane

Dzieci - zapamiętam je jako uśmiechnięte, radosne, umiejące cieszyć się z małych rzeczy, takich jak wspólne tańce, zabawy czy wspólna modlitwa. Jedynie ich pracowitość zdradza, że nie są rozpieszczane, a wręcz są przyzwyczajone do pomocy starszym, wypełniania obowiązków domowych. Po niektórych można zauważyć, że mogą być zaniedbane przez rodziców, mamę, która pracuje, po pracy zajmuje się uprawą warzyw, zwierzętami, obiadem, młodszymi dziećmi, tatę, którego często nie ma, bo wyjechał daleko do pracy, pije, bądź jest na wojnie, albo już nie żyje.

Jedzenie – na ogół można się najeść do syta, pewnie za sprawą tego, że jest wysokokaloryczne i jednorodne. Mianowicie, na stole królują ziemniaki, chleb i miód. A więc wszystko, co Ukraińcy są w stanie przygotować samemu, z darów czarnoziemów. Reszta pożywienia, ze sklepu musi być kupiona rozważnie, gdyż średnio około 150 dolarów pensji obojga małżonków musi wystarczyć na wyżywienie i inne opłaty całej rodziny. Dlatego takie smakołyki jak mięso spotyka się rzadko i w niewielkiej ilości.

Ania

07

04

W piątek rozważaliśmy z dziećmi tajemnicę męki Pańskiej. Po krótkiej katechezie każde z dzieci otrzymało za zadanie zaprojektowanie krzyża, który weźmie ze sobą na wieczorne nabożeństwo drogi krzyżowej. Nasza gromada potraktowała zadanie bardzo poważnie i przystąpiła do jego realizacji w sposób ambitny, chociaż nie ogłosiliśmy ani żadnego konkursu, ani żadnej nagrody. Chłopcy zaczęli buszować w proboszczowskiej szopie w poszukiwaniu desek i listewek mogących posłużyć do konstrukcji. Dziewczynki zaś wolały ulepić swoje krzyżyki z gipsu. Wieczorem wszyscy zgromadziliśmy się w kościele. Saszka przywdział swój odświętny strój. W dłoni każde dziecko trzymało krzyż, który pięknie ozdobiło własnymi malunkami, bluszczem, czy żywymi kwiatami. Wszyscy zachwycaliśmy się krzyżem Wowy. Wania zrobił dwa krzyże - drugi dla mnie jak powiedział. Nabożeństwo odbywało się w ciszy, dzieci z uwagą słuchały słów księdza, który na zakończenie poświęcił krzyże i poprosił, żeby zawisły one w ich pokojach jako przypomnienie czasu spędzonego tutaj i zaznanej dobroci. Pamiętam, że obserwując ich pobożność i skupienie czułam się wtedy głęboko wzruszona.

Małgosia

08

03

Na szczęście misja się nie kończy. Przed nami rok pracy i przygotowań do kolejnego wyjazdu; tym razem, mamy nadzieję, do Afryki.

Zapraszamy.

zdjęcia i tekst: ks. Wojciech Błaszczyk